|
piątek, 28 maja 2010
Modlitwa o starość
Nie płacz nad kolejną zmarszczką ciałem nagle niedoprasowanym pieprzykami, których tu jeszcze wczoraj nie było siwym włosem z piosenki o skroni pośladkami ulegającym prawu Newtona że nie wspomnę o piersiach paradontozą, sklerozą, osteoporozą okularami do oddalania bliskości
Starość to stan wyjątkowy dla wybranych
Boże, pozwól mi się zestarzeć, Pozwól mi płakać przy lustrze nad mym starym ciałem, Pozwól mi sprawdzić, jaką wypłacą mi emeryturę, Pozwól mi zobaczyć wnuki i bawić się na ich weselu, Pozwól mi jeździć do Ciechocinka, Pozwól mi założyć klub 70+, Pozwól mi.
A Jego pozwól mi trzymać za rękę, dobrze?
sobota, 10 kwietnia 2010
niedziela, 28 lutego 2010
Wiosenne czucie
W żółtych tulipanach przyniesionych przez zziajanego chłopaka. W różowym płaszczu wyciągniętym z szafy. W niepokornym słońcu, które nie chce spać. W zapachu włosów wyprowadzonych na spacer. W energii, którą niesie poranna kawa. W kaloszach depczących rozmokłość śniegu. W obietnicach zrzucenia kilku kilogramów. W polowaniu na niebieskie szpilki. W pożegnaniu z ciepłym swetrem. W planach wakacyjnych rezerwacji. W zielonych kubkach zdobytych na wyprzedaży. W nasionkach rzeżuchy czekających na swój występ. W słoneczniku z parapetowego ogródka Jedynki. W mniejszym apetycie na mięso. W większym apetycie na życie.
Idzie wiosna!
poniedziałek, 22 lutego 2010
Kiedy brunetki stają się blondynkami...
No i stało się. Poszłam do fryzjera. Oczywiście nie poszłam do fryzjera tak po prostu. We współczesnym świecie nie idzie się do fryzjera tak z marszu, kiedy w duszy zakołacze, ale czeka się w kilkutygodniowej kolejce, rojąc marzenia o nowej fryzurze, o zmianach koloru, jakie zaproponuje wizjoner, o przeistoczeniu naszego samopoczucia i życia po magicznych godzinach w fotelu. Poza tym fryzjerzy właściwie wyginęli - teraz chodzimy do stylistów, którzy tną włosy nie w zakładach, ale w atelier. No więc było po bożemu. Odczekałam 6 tygodni i przybyłam do gustownie urządzonego salonu. Fryzjer - wizjoner przywitał mnie od progu niebieskimi oczyma i zaczął fachowo oglądać moje włosy. Dowiedziałam się, że widzi na nich pozostałości wszystkich farb, jakie do tej pory miałam - od blondu do brązu, że wyglądam na czterdzieści lat, choć pewnie mam z dwadzieścia, bo aktualna fryzura mnie postarza i że zapewne palę, bo mam jakąś wyjątkowo szarą cerę (pospiesznie wyjaśniłam, że to efekt niewyspania przy trójce dzieci). Miałam ochotę uciec. Jeśli kiedykolwiek wcześniej wierzyłam, że wizyta u fryzjera może wyciągnąć z dołka, uleczyć duszę albo choćby poprawić humor, to się bardzo myliłam. Siedziałam w fotelu coraz bardziej zapadając się w swej włochatej beznadziei, kiedy stylista rozwiewał moje marzenia o pięknym platynowym blondzie na rzecz czegoś bliżej niezindetyfikowanego. "Byle nie rude!" - krzyknęłam ostatkiem sił, zapadając się w bezdenną "otchłań rozpaczy" - jakby to nazwała Ania z Zielonego Wzgórza. Notabene ruda. I stała się rudość. Zawsze miałam cierpliwość do fryzjerów. Uważałam, że włosy odrosną, a farbę można zakryć nową. Jednak kiedy wyszłam z salonu i na tle śniegu zobaczyłam swe rude kosmyki (wizjoner użył ponoć ciemnego blondu), miałam ochotę krzyczeć. Tak więc jestem: ruda, pocieniowana i załamana. W niepamięć odeszły me długie brązowe włosy. W niepamięć odeszły marzenia o blond czuprynie. Pozostało zaszyć się w domu na kolejne kilka tygodni w oczekiwaniu na wizytę u kolejnego fryzjera - wizjonera.
sobota, 26 grudnia 2009
Trójwymiarowe Święta
Trójwymiarowe Święta zaczynają się już jesienią. Trójwymiarowa Mama rusza na podbój sklepów w poszukiwaniu pięknych prezentów. Spędza wieczory na Allegro. Podpytuje dzieci o zabawkowe marzenia. Trójwymiarowa Mama doskonale zna imiona Barbie Muszkieterek i samochodów z "Aut". Wie, który piesek merda ogonem, a który tylko chodzi. Rozróżnia Little Pet Shop od Polly Pocket. Skrzętnie notuje numer upragnionego zestawu Lego Duplo. Trójwymiarowa Mama jako pierwsza wie, kiedy w hipermarketach będą zabawki. Doskonale orientuje się w cenach i zabawkowe marzenia kupuje najtaniej na rynku. Trójwymiarowa Mama pamięta też o porządkach. Bez trudu myje okna w całym domu i pierze firanki. Bez wytchnienia przegania kurz z półek do co-półrocznego sprzątania. Segreguje, wyrzuca, układa. Wszystko po to, żeby poczuć świeżość, jaka panowała przed Świętami w jej rodzinnym domu. Trójwymiarowa Mama uwielbia piec i gotować. Z pieczenia pierników uczyniła rodzinną tradycję. Z dumą patrzyła na Jedynkę i Drugiego, jak z zapałem wycinają świąteczne kształty, a potem z apetytem zajadają własne wyroby. Trójwymiarowa Mama pomyślała też o pokarmie dla duszy. Obejrzała z Trójwymiarowym Tatą "Dziadka do orzechów", oklaskiwała Jedynkę na Jasełkach w przedszkolu, tańczyła z Drugim w rytm pastorałek Arki Noego i śpiewała ciuchutko kolędy do uszka Trzeciaka. Trójwymiarowa Mama znalazła również czas dla siebie. Wzięła kąpiel w pianie, wypielęgnowała skórę, wymalowała paznokcie i ufarbowała włosy. Założyła nową spódniczkę i bluzkę. Zrobiła śliczny makijaż. I taka piękna i zorganizowana zasiadła za stołem. Ile takich Świąt już przeżyła? Ile potraw posmakowała? Ile prezentów dostała? Ile zdjęć zrobiła? Ile życzeń złożyła? Ile z nich się spełniło? Ile osób przy stole zasiadło? Ile przybyło, a ile ubyło? Ile uśmiechów rozdała? Ile łez straciła? Ile jeszcze przed nią? Ile pamięta? Ile będzie pamiętać?
niedziela, 01 listopada 2009
Budzą się we mnie demony...
Obudziłam się dzisiaj wyspana jak nigdy. Obudziłam się i miałam czas na powolne sączenie kawy, patrzenie na panoramę miasta, słuchanie szumu ulicy, czytanie ogłupiających gazet, rozmowę telefoniczną z mamą, niespieszne konsumowanie kabanosów. Obudziłam się i miałam czas na myślenie. Czas na zmiany. Fajnie byłoby coś zrobić z włosami. Iść do fryzjera i poddać się jego szaleńczej wizji. No i wreszcie pozbyć się ubrań z czasów liceum. Odświeżyć styl. Dodać pieprzu tej monotonnej papce. Jakieś odlotowe buty czy pasek. Zestawienia pozornie niepasujące. Coś granatowego. I kupić nową bieliznę. Jakąś odlotową. I zaskoczyć męża. No właśnie - w ogóle zaskoczyć męża i zadbać o niego, i porozpieszczać, i podoceniać, bo stajemy się dla siebie przezroczyści w szale tygodniowych codzienności dzieciowo-kulinarno-zakupowych. Ale to byłby tylko początek. Potem nastąpi nowy etap w moim życiu zawodowym. Może w końcu napiszę książkę, która zalega mi w głowie? Może skończę kolejny kierunek studiów i się przekwalifikuję? A może wystarczy popatrzeć na nowo na dotychczasową pracę? I znowu będziemy podróżować i planować podróże, co zresztą daje mi czasem więcej satysfakcji niż samo podróżowanie. I znowu będziemy bywać. Wyjścia do kina, teatru, na wystawę, do znajomych. A może zafundujemy sobie kurs tańca? Ruch to zdrowie. Najlepiej całą rodziną. Jakieś łyżwy, narty, rowery, spacery, gra w piłkę. Będziemy wyglądać jak modelowa rodzina z reklamy margaryny. Tylko że my jemy masło...
piątek, 16 października 2009
Kronika wypadków miłosnych
P. był pierwszy. Oszalałam na jego punkcie. Kiedy przechodziłam obok niego, czerwieniłam się po czubek głowy. Na przerwach ganiałam tylko jego. Na lekcjach zerkałam na niego ukradkiem. Kochałam go pierwszą, niespełnioną miłością. Dzięki niej nauczyłam się, że miłość nie może być prosta, że miłość przynosi łzy i cierpienie, że miłość może trwać bardzo długo, że miłość nieodwzajemniona może być źródłem natchnienia. G. pokazał mi, że mogę się komuś podobać. Biegał za mną całe dwa kolonijne tygodnie. Zakradał się w nocy i mówił, że przyszedł specjalnie dla mnie. Tańczył ze mną przy balladach Guns'n'Roses. Potem płakałam przy nich, pisząc wiersze o złamanym sercu. W. był moim pierwszym chłopakiem. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Byłam z koleżanką w klubie, gdy nagle wszedł ON. W radiu leciało "Zabiorę Cię właśnie tam" Kancelarii. Potem to była nasza piosenka. Jednak miłość wydaje sie piękniejsza, kiedy się ją traci, więc porzuciłam W., aby móc za nim tęsknić na stronach swego pamiętnika. R. i K. pojawili się niemalże jednocześnie. Obaj przystojni, inteligentni, oczytani, inspirujący. Z R. potrafiłam rozmawiać do świtu, śmiać się jak dziecko, piec ciasto o wschodzie słońca, czytać książki o zachodzie. R. uwielbiał Bajora i Grechutę. Kochał teatr. R. wiedział, o czym myślę. Wiedział, o czym marzę. Z nim czułam się szczęśliwa i bezpieczna. Ale to z K. chciałam być. Bo K. był wyzwaniem. Kochały się w nim wszystkie licealistki. Był szarmancki, towarzyski, szalony. Był najlepszym sportowcem. Najlepszym absolwentem. Chciałam to, co najlepsze. I miałam. Do tej pory pamiętam zapach bzów, po które biegliśmy w deszczu. Mój śmiech był wtedy bardziej perlisty niż woda po nas spływająca. Pamiętam pierwszy uścisk dłoni. Pamiętam kapsle z Tymbarków, które zawiesił mi na szyi. Na wszystkich było wyznanie miłości. I pamiętam pierwsze dotknięcie ust. Dotknięcie, które nawet nie było pocałunkiem. Wszystko zburzył S. Było lato, było gorąco, a on był taki wakacyjny - dziki, nieokiełznany, zwariowany. Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy być parą. Wiem jednak, kiedy przestaliśmy nią być. Przyjechała jego narzeczona. Wtedy poznałam T. Nie znam słów, którymi mogłabym opisać naszą miłość. Czasem T. przychodzi do mnie w snach i mówi, że nie może zapomnieć, że złożył mi przysięgę przed Bogiem, że beze mnie nie jest szczęśliwy. M. był księciem na białym koniu. Był dowodem na to, że dziewczęce marzenia sie spełniają. Przynosił kwiaty, zapraszał na kolacje, przynosił piękne prezenty, zaskakiwał wycieczkami, uprzedzał pragnienia, kochał na zabój. Przystojny, mądry i bogaty. Tylko dlaczego ręka tak strasznie paliła pod jego dłonią? Dlaczego usta bolały od jego pocałunków? O. wyrwał mnie z rutyny. Słowami i muzyką zaczarował mój świat. Znowu byłam piękna, dobra, utalentowana i pożądana. Znowu chciałam tworzyć. Znowu piłam wino w świetle świec, rozmawiałam do późna w nocy, opowiadałam o marzeniach i lękach, popełniałam szaleństwa z miłości, mówiłam prozą i szeptałam poezją. Związek z O. był jednak niemożliwy i ta niemożliwość doprowadzała nas do obłędu. Uwielbialiśmy rozmawiać o tej niemożliwości, snując marzenia o wspólnym życiu. Wypaliliśmy się tak samo szybko, jak zapaliliśmy. Czasem tęsknię za tym ogniem, ale tylko za nim. Niedawno ktoś mnie zapytał, czy nie żałuję, że jestem z A. Czy gdybym mogła jeszcze raz wybierać, to podjęłabym tę samą decyzję. Jak to dobrze móc powiedzieć: NIE ŻAŁUJĘ. A., jesteś moją miłością, namiętnością, wyzwaniem i ukojeniem.
sobota, 08 sierpnia 2009
Trójwymiarowa mama
Kiedy zostałam matką? Mama powiedziała, że już w momencie moich narodzin pomyślała, iż kiedyś będę musiała się męczyć przy porodzie. Rodząc się kobietą, stałam się matką. Oczywiście potencjalną matką. Czyli matką byłam zawsze? A może macierzyństwo staje się nieświadomym marzeniem małej dziewczynki, która troskliwie opiekuje się lalkami, wożąc je w wózku, pielęgnując, karmiąc? Może te dziecięce zabawy były tylko uzewnętrznieniem paradygmatu mojego serca? A może matką stałam się poprzez słowa, deklaracje wypowiadane bez namysłu, obietnice składane bez poczucia konsekwencji? Tak często mówiłam, że chcę mieć troje dzieci. Może zaklęłam słowami swoje życie? A może matką zostałam tego dnia, kiedy śmiechem i łzami przyjęłam wynik testu ciążowego, a potem jechałam 100 km z maleńkimi bucikami do męża, aby podzielić się z nim zaskakującą nowiną? A może matką zostałam tuż przed porodem, kiedy córeczce słabło tętno, słyszałam przerażającą ciszę w głośniku KTG i krzyczałam, że mają ratować moje dziecko? Już wtedy wiedziałam, że życie bez niej nie będzie miało sensu. Że jestem po to, aby ją kochać i wychowywać. Że jestem matką. A może matką staję się każdego dnia? Kiedy w nocy wstaję, by sprawdzić, czy dzieci oddychają, czy nie mają zziębniętych stóp. Kiedy gotuję im obiad. Kiedy dźwigam je na spacerze, bo nie mają siły już iść. Kiedy kupuję różowe legginsy, bo właśnie takie są najmodniejsze. Kiedy przygotowuję dla nich mapę skarbów z okazji Dnia Dziecka. Kiedy na nowych szafach przyklejam plakaty z ulubionymi bohaterami bajek. Kiedy gram w hokeja piłką i łopatą. Kiedy czuwam podczas ich choroby. Kiedy jestem niewyspana. Kiedy po raz setny czytam książeczkę o Kubusiu Puchatku. Kiedy modlę się przed snem o ich zdrowie. Kiedy spełniam ich marzenia. Kiedy je przytulam. Kiedy je kocham.
poniedziałek, 27 lipca 2009
Trójwymiarowa spowiedź
Moje dzieci oglądają za dużo telewizji. Twierdzę, że nie mam czasu na zabawę z nimi, po czym siadam przy komputerze. Uwielbiam, kiedy śpią. Chętnie oddaję je komuś pod opiekę. Planuję kolejne wakacje we dwoje. Na ich kłótnie reaguję prośbą o ciszę. W momentach krytycznych daję klapsa. Przekupuję je lodami, ciastkami i czekoladkami. Rozpieszczam je nowymi zabawkami i książkami. Daję do picia soki zamiast wody. Czasem wyłączam się, kiedy do mnie mówią. Nie uczę ich literek i i cyferek. Skracam bajki podczas wieczornego czytania.
Więcej grzechów nie pamiętam. Proszę o najmniejszy wymiar kary.
niedziela, 26 lipca 2009
Traktat o trójwymiarze
Na początku byłam JA. JA lubiła pisać po nocach, czytać do świtu, tańczyć do upadłego, marzyć przy oknie, kochać na zabój, śpiewać przed lustrem, przy torach zbierać bez, całować się w starym młynie, spacerować po polach, patrzeć na gwiazdy, trzymać kogoś za rękę, występować na scenie, dostawać kwiaty, wróżyć z ręki. JA była wspaniała, a jej wspaniałość rośnie z upływem lat. Niestety niewielu pamięta JA. Niektórzy nawet śmią twierdzić, że nie istniała. Niektórzy pamiętają JA jak przez mgłę. Inni - chcą zapomnieć. Nie wiem, kiedy zgubiłam JA. To chyba działo się stopniowo. Zaplątała się gdzieś w wyobrażeniach o dorosłości i dojrzałości. W partnerskich kompromisach i rodzicielskich debiutach. Raz jeden płakała na sopockim molo nad życiem, które uciekło, ale to był ostatni krzyk przed zejściem pod wodę. Więcej jej nie widziałam.
Teraz jestem trójwymiarowa. Trójka jest liczbą mistyczną, mitologiczną, świętą. W wielu kulturach utożsamiano ją z Bogiem, niebem. Dla mnie też była błogosławieństwem i to potrójnie dziewięciomiesięcznym. Doskonałym, bo nie mogłabym wymyśleć nic lepszego. Mistycznym, bo codziennie odkrywam tajemnice świata moich dzieci. Świętym, bo jak je wychowam, to pewnie zostanę świętą. :-) Myli się jednak ten, kto trójwymiarowość sprowadzi wyłącznie do liczby moich dzieci. Jestem trójwymiarowa, bo codziennie oscyluję między trzema wymiarami bycia kobietą, żoną, matką. Codziennie też szukam wśród nich zagubionej JA. Zakurzonej, zdeformowanej, może uszkodzonej. Samo szukanie czyni JA nieśmiertelnym. Samo szukanie "ocala JA od zapomnienia". http://www.youtube.com/watch?v=de0H_WqxZIQ
|
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||